18.12.2013

MERU "Shark Fin", Indie, Himalaje Garhwalu

Jest wrzesień 2004 roku. Stoimy z Krzyśkiem Belczyńskim pod ścianą Meru Central w Himalajach Garhwalu. Po tygodniu, od przylotu do Delhi możemy wreszcie na własne oczy zobaczyć nasz cel - "Płetwę rekina", wybitną formację skalną w samym sercu ściany. Dręczą nas mieszane uczucia, już podczas karawany dowiedzieliśmy się od napotkanych w drodze tragaży, że nie jesteśmy sami. Są też Japończycy którzy działają na "naszej" ścianie.

Gdy w końcu stoimy pod szczeliną brzeżną, z zegarkiem w ręku odliczamy odstępy czasowe od następujących po sobie lawin kamieni. Pięć, siedem, dwadzieścia minut. Ścianę otwierają dwa alternatywne wejścia, śnieżno lodowy stok oraz skalny, rudy filar. Spoglądamy do góry. Widzimy niemal niezauważalną z tej odległości, cienką nitkę poręczówek. Conajmniej pięćset metrów i trzy małe kolorowe kropeczki w najwyższym ich punkcie. Gdy spotykamy się pod ścianą okazuje się, że to trzech sympatycznych Samurajów, którzy są właśnie w trakcie czwartej próby przejścia ściany. Opowiadają nam o kamieniach i o tym jak dwa tygodnie temu weszli w stok na którym omal nie oberwali. Na koniec klepiemy się po plecach i rozstajemy. Oni wracają do bazy wysuniętej na 4900, my pozostajemy pod ścianą. Więc zostaje nam teraz tylko stok. Spoglądamy znowu na Meru, aby przebić się pod 800 m big walla musimy z cieżkim sprzętem przeskoczyć zagrożone niemal tysiąc metrów ściany. A tu pięć, dwadzieścia pięć minut. Słońce już dawno schowało się za granią, robi się ciemno a jednak kamienie nadal zamiatają ścianę.

Po drugiej stronie lodowca świeci już tylko Shivling, jest tak blisko. Spoglądamy sfrustrowani na  Meru, gdy jest dzień i świeci słońce spływają po stoku kaskady wody a ciemne plamy lodu powiększają się z dnia na dzień. Ściana jest niemal idealnie piękna i trudna, ma w sobie wszystko. Wysokość, długie podejście stokiem, kłopotliwy transport, monolit bez rzeźby i w końcu grań szczytową. Wszystko by ją pokochać, ale też wiele by nawet nie dotknąć. W dzień lawiny toczą nawet najbardziej monolityczne ściany nad bazą. Omiatają nasze kolejne pomysły alternatywnych wspinaczek w dolinie. A słońce na codzień, jak na złość, pali niemiłosiernie. 13 września stając kolejny raz pod ścianą podejmujemy bolesną decyzję o zaniechaniu wspinaczki. W ciągu kilku kolejnych dni odwiedzamy chłopaków* pod Baghiratti, mamy pomysł na piękną wspinaczkę. Jednak pozostawiony pod Meru sprzęt i brak czasu stopniowo przywracają nas do rzeczywistości. Mamy go za mało by nawet zaryzykować, podjęcie tej decyzji było trudne. Poprzedzone zabawnymi kalkulacjami w tym nawet rzucaniem monetą. Kamienie i czas te dwie rzeczy pokonały nas na tej wyprawie.

Czy zostaliśmy też pokonani przez samych siebie, wciąż się nad tym zastanawiam. Wiele osób na nas liczyło, otrzymaliśmy dofinansowania od Polskiego Związku Alpinizmu i nagrodę Mugs Stump. Kupę taśm  i skrótów podarował nam nasz niezawodny Lhotse Team. Mimo wszystko głęboko wierzę, że podjęliśmy słuszną decyzję.

Marcin Tomaszewski 2004

Serdecznie dziękujemy za wsparcie PZA, Mugs Stump i Lhotse. Dziękuję również Cheryl za kurtkę.

*Do Indii pojechaliśmy wiekszą grupą wraz z wyprawą Bodzia Kowalskiego na Baghiratti, dzięki dla Bodzia za walkę administracyjną o wizy wspinowe.

Jeśli podobał ci się ten artykuł podziel się nim z innymi.

Twetter Facebook

Inne w tej kategorii

30.12.2013

Wywiad z śp. Wojtkiem Rekinem Wentą

Z WOJCIECHEM „REKINEM” WENTĄ o szczecińskim środowisku wspinaczkowym, g&oac...

30.12.2013

Baffin Island 2012 Superbalance, National Geographic Traveler

Od kilku godzin wiszę na stanowisku asekuracyjnym, trzęsę się z zimna. Pod moimi nogami...